poniedziałek, 11 kwietnia 2016

1

"Zaczęło się w majowy weekend..."
Światło zgasło, a na sali nastała cisza. Ostatni raz na siebie spojrzeli, zanim weszli z gitarami na scenę, wtedy rozbłysły reflektory,a za nimi rozniosły się radosne wrzaski. Chłopcy byli zaskoczeni profesjonalizmem niewielkiego lokalu w Melbourne, byli przygotowani na brak mikrofonów i nagłośnienia. Nawet nie marzyli o takiej scenie z przygotowanym oświetleniem. Zabrzmiał pierwszy akord, Ashton zaczął wybijać rytm na perkusji trzęsącymi się dłońmi. Każdy z nich był niezwykle zdenerwowany jak i podekscytowany. Byli świadomi tego, że brzmienie ich zespołu różniło się od wszechobecnych i uwielbianych popowych utworów lecz chcieli przywrócić starego dobrego rocka, przemycić go na listy przebojów. Wierzyli, że ich determinacja im w tym pomoże, a stojąc na scenie byli wręcz pewni, że jest to możliwe. To był pierwszy taki koncert. Nie był to już kameralny występ przed rodzicami czy znajomymi, tym razem było to coś poważnego. Szansa jak nigdy na zapoznanie ludzi z ich brzmieniem i przekonanie się czy to co robią podoba się innym. Początkowo czuli się niekomfortowo, pełna sala ludzi patrząca na nich. Przez pierwszy trzy piosenki wzrok Caluma był wręcz wbity w czarny bas. Najgorsze co mogło go spotkać to popełnienie błędu, lecz z każdym kolejnym utworem jego oczy coraz mniej skupiały się na czterech strunach, a coraz bardziej na szczęśliwej publice przed nim. Każdy uśmiechnięty, roześmiany tańczył lub chociaż wystukiwał nogą rytm przy barze. Ten widok to było spełnienie marzeń czterech nastolatków z Sydney. Calum nie mógł się napatrzeć, sam zaczął bawić się na scenie. Skakał, biegał, nieudolnie tańczył i śmiał się wraz z członkami zespołu.
-To była już ostatnia piosenka na dziś. Dziękujemy za tak ciepłe przyjęcie nas i życzymy miłego wieczoru. Grali dla was 5 seconds of summer- krzyknął Luke i zbiegli na zaplecze, gdzie urządzono im skromny backstage.
-Daliśmy czadu chłopcy- powiedział Ash przytulając przyjaciół.
-Ashton puszczaj nas, jesteś cały spocony- krzyknął Luke wiercąc się w uścisku perkusisty.
-Oj blondasku, daj mi się nacieszyć tą chwilą- odpowiedział nie wzruszony.
-Trochę mnie podduszasz- wysapał cały czerwony Calum dzięki któremu wydostali się z obślizgłych macek blondyna.
-Dobra no to czas się zbierać i wracać do hotelu- powiedział najodpowiedzialniejszy z całej czwórki Michael, przeczesując swoje krwisto czerwone włosy palcami.
-Jak chcecie to jedźcie, ja zostaje na piwo, dwa. W końcu trzeba to uczcić- stwierdził brunet i wyszedł z wielkim bananem na twarzy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz